Afrykański dalekopis. Relacja z pobytu na misji humanitarnej w Południowym Sudanie.
RSS
sobota, 05 kwietnia 2008
Czy leci z nami pilot?
No więc bywają w Sudanie sytuacje jeżące włos na głowie. Punkt widzenia zależy jednak od punktu siedzenia. Zwłaszcza gdy pilotuje się samolot Bombardier Dash 8 Series...
niedziela, 30 marca 2008
Juba – home sweet home…
Blog utknął w miejscu z różnych powodów. Bywają momenty, gdy ciężko jest pisać… Całe szczęście wracam do formy. Będzie znowu o Afryce bez owijania w bawełnę, troszkę z przymrużeniem oka i być może politycznie niepoprawnie.
piątek, 30 listopada 2007
16 rannych, 30 zabitych. Dzień jak co dzień.
Szokujący jest fakt, że nie ma na tę śmierć żadnego uzasadnienia. Jeśli będzie ci z tym łatwiej, możesz sobie dorobić jakąś ideologię, tylko po to, by przełknąć i strawić kolejne cyferki. Ale fakt pozostaje faktem, że życie człowieka nie ma tutaj zbyt wielkiej wartości... Ciekawe po jakim czasie przychodzi zobojętnienie. I czy poczucie to dopada cię nagle, czy zakrada się do twojej świadomości zupełnie niepostrzeżenie. Budzisz się pewnego dnia i stwierdzasz, że widziałeś już wszystko...
sobota, 24 listopada 2007
Ósmą żoną być…
Misje monitoringowe mogą być śmiertelnie nudne. Najpierw godzina jazdy przez busz w samochodzie terenowym, potem szukanie osiedli uchodźców, zwoływanie starszyzny na zebranie, niekończące powitania i tłumaczenia, co nas tak naprawdę zmusiło, by odwiedzić ten zakątek ziemi, o którym nie zapomniały jak do tej pory jedynie wojna i bieda. Potem kilka przemówień i niewygodnych pytań, na które oczywiście nie mamy żadnej odpowiedzi... W sumie nic szczególnego. Chyba że naczelny wódz wioski złoży nagle propozycję nie do odrzucenia...
niedziela, 30 września 2007
W stronę Lokichogio
Komu w drogę, temu czas. Wsiadamy do samochodu. Przed nami uzbrojona eskorta, za nami uzbrojona eskorta. ONZ-owscy żołnierze jeszcze śmieją się i żartują, ale już za chwilę zajmują na pick-upie swoje pozycje i ich wesoły nastrój ustępuje miejsca skupieniu. Nasz konwój rusza w kierunku pięknych zielonych wgórz. Do dnia dzisiejszego są one schronieniem dla tych, dla których wojna się jeszcze nie skończyła...
piątek, 28 września 2007
Zderzenie cywilizacji
Właśnie wróciłam z misji terenowej w Kapoecie – Eastern Equatoria, 1,5 godz lotu na wschód od Juby. To jeden z najciekawszych rejonów Sudanu, zamieszkały przez Toposa i Didinga – dwa wiecznie rywalizujące ze sobą plemiona. W Sudanie widziałam już niejedno, ale Eastern Equatoria to istny skansen, jeśli chodzi o kulturę ludów zamieszkujących te obszary.
środa, 25 lipca 2007
Pół pokoju
Mamy 25 lipca. Połowa roku, a Prezydent ogłasza rok 2007 Rokiem Pokoju dla Darfuru. Hmmm... Połowa roku – połowa pokoju?
środa, 18 lipca 2007
W Borze, o mój Boże!
Bor, stolica jednego z najciekawszych stanów Południowego Sudanu, to miejsce, w którym zawsze dzieje się coś godnego uwagi: gubernator trzyma na swoim podwórku dwa lwy, funkcjonuje tu bank, w którym nie ma pieniędzy, a żołnierze blokują jedyną drogę łączącą to miejsce z cywilizacją, jeśli tylko coś im się nie spodoba.
sobota, 14 lipca 2007
Number One
Sudan został ogłoszony krajem numer 1... na liście najbardziej upadłych państw świata. Zaraz za nim – Irak i Somalia. Jesteśmy więc w ścisłej czołówce. Brawo.
piątek, 29 czerwca 2007
Ciche bohaterki
Nigdy nie bylam feministką i zawsze brzydziły mnie inicjatywy pt. „kobiety na traktory”. Jestem jednak w Borze (stan Jonglei, godzina lotu na północ od Juby) i po raz pierwszy mam ochotę zorganizować demonstrację...
poniedziałek, 04 czerwca 2007
Uparty jak... pilot (bo przeciez nie osiol!)
Historia dzieje się w Malualkon (Nortern Bahr El-Ghazal). Pilot wysadza na ląd dwie osoby, zostaje nas więc zaledwie trójka na pokładzie. Już mamy startować do Aweil, gdy w oddali na środek „pasa startowego” wychodzi ni z tego ni z owego... osioł.
niedziela, 03 czerwca 2007
Witajcie w domu...
Właśnie wróciłam z Aweil. Northern Bahr El-Ghazal to tereny, gdzie napływa obecnie największa w Południowym Sudanie liczba ludności powracającej po 20-letniej wojnie. Powstają tu całe mini-miasteczka foliowo-słomianych chatek, skleconych naprędce przez wysiedlonych niegdyś przez wojnę i powracających obecnie uchodźców.
niedziela, 27 maja 2007
Życie na plusie
Mam malarię. Po raz trzeci. Tym razem jednak nie omieszkałam zrobić wielkiej sceny tak, by wszyscy się o niej dowiedzieli. A wszystko zaczęło się tak niewinnie...
niedziela, 20 maja 2007
Gorączka sobotniej nocy
Sobota wieczór. Świętujemy urodziny Adama. Jesteśmy w połowie szampana, który akrobatycznym wyczynem udało mi sie w Jubie zdobyć i oglądamy jakiś film akcji na DVD. Mniej więcej w połowie fimu rozlegają się strzały. Tym razem nie na ekranie ale tuż za naszym namiotem...
czwartek, 17 maja 2007
Zielono mi...
Juba. Wieczór w campie. Od popołudnia leje na całego. Przed chwilą piorun strzelił w drzewo mangowe tak, że odpadła mu spora gałąź. Zerwał sie przy okazji jeden z partacko zawieszonych kabli elektrycznych. Jest wesoło.
niedziela, 13 maja 2007
Aweil, Northern Bahr El-Ghazal, 10 maja 2007
Spędziłam dwa dni na misji terenowej w kompletnym buszu. Jestem z powrotem w campie WFP w Aweil, które wydaje się Nowym Jorkiem w porównaniu z osadami, jakie odwiedzaliśmy jeszcze kilka godzin temu...
Aweil, Northern Bahr El-Ghazal, 6 maja 2007

Lądowisko w Aweil jest wielofunkcyjne. Służy jako miejsce spotkań towarzyskich, giełda barterowa („ty mi mango, ja tobie banany”), boisko do gry w piłkę (która z bliska okazuje sie kulką ze starych szmat), a także toaleta (zwłaszcza pobocza, gdzie rośnie delikatna trawa) i miejsce wypasu zwierząt domowych jak kozy i kury. Z wymienionych wyżej powodów lądowanie w Aweil należy do moich ulubionych. Najpierw samolot przelatuje kontrolnie nad pasem startowym, by oznajmić wszem i wobec, iż zamierza za chwilę podejść do lądowania. W tym samym czasie operator radiowy na ziemi stoi na środku pasa i z gwizdkiem w ustach, machając na wszystkie strony rękami i nogami wygania przechodniów, kozy, przekupki i rozbiegane dzieciaki, by raczyli szybko zejść z lądowiska. Przy pierwszym podejściu samolotu do lądowania i tak okazuje się jednak, że jakiś cyklista zapomina pedałować na widok zbliżającego się samolotu i staje nagle z rozdziawioną buzią naprzeciw niemal lądującej Cessny. Po raz drugi wiec pilot zmuszony jest poderwać samolot do góry i zatoczyć jeszcze jedno kółko. Potem juz tylko wózek zaprzęgnięty w osła wychyla się do połowy pasa, podnosząc nieco adrenalinę biednemu pilotowi, ale dość szybko cofa się, więc samolot siada ostatecznie na ziemi. Pas startowy jest dość krótki i nierówny (o asfaltowej czy betonowej nawierzchni można w Południowym Sudanie jedynie pomarzyć), lądować w Aweil mogą jedynie małe Cessny i Havillandy Twin Ottery.
- Ladies and Gentlemen, welcome to Aweil. Enjoy your stay! – pilot nie może się powstrzymać od złośliwego uśmiechu... Wszyscy wiedzą, że to koniec cywilizacji.

(kliknij zdjecie by powiekszyc)

poniedziałek, 07 maja 2007
Juba, 6 maja 2007

 

Niedziela. Rano budzi nas upał, bo o 9:00 jest już 31 stopni w cieniu. Nie ma mowy o pozostaniu w namiocie, trzeba więc sobie jakoś zorganizować czas. Wskakujemy na motor i jedziemy podglądać ptaki na mokradłach, które nam „zakwitły” niedaleko Nilu po pierwszych intensywnych deszczach. Teren nie jest duży, ale ptaków dość sporo i swobodnie można je podejść z aparatem (jakoś niewiele w Jubie chętnych do fotografowania). Zwłaszcza majestatyczne srebrne czaple robią na nas wrażenie.

(kliknij zdjecie by powiekszyc)

Znaleźliśmy też małego śmiesznego ptaszka z irokezem na głowie. Unosił się w powietrzu niczym koliber, ale był znacznie większy.

(kliknij zdjecie by powiekszyc)


(kliknij zdjecie by powiekszyc)

(kliknij zdjecie by powiekszyc)

Po południu mamy burzę. Siedzimy wiec w campie i słuchamy radiowej Trójki przez internet. Czas na małe lenistwo z książka, pozbieranie własnych myśli, nadrobienie zaległości w odpisywaniu na maile. Adam znalazł ślimaka wielkości swojej pięści. Jezu, co za potwor! Cała francuska rodzina najadłaby się nim swobodnie na kolacje :-) Ja za to zaliczam spotkanie twarzą w twarz z pająkiem wielkości skorpiona. Jak zwykle stoję sparaliżowana z rozdziawioną buzią przez pierwsze 10 sekund zamiast działać i zabić to paskudztwo jak najprędzej. Wołam pomocy i kolega Kenijczyk przychodzi z odsieczą. Celnym rzutem klapka zabija poczwarę, po czym zaczyna się ze mnie śmiać. Wszyscy mają ze mnie niezły ubaw za każdym razem jak tylko pojawia sie pająk na moim horyzoncie. Zwłaszcza wtedy, gdy usiłuję go zabić własnymi siłami. Potrzebuję wówczas gumowych rękawic do łokcia, sprayu na karaluchy (by ogłuszyć przeciwnika), narzędzia długiego, co najmniej na metr i psychicznego wsparcia zza pleców (nie wspominając już o terapii post-traumatycznej po zakończeniu operacji). :-) I tak zazwyczaj w momencie decydującego uderzenia w przeciwnika nie mogę się powstrzymać przed zamknięciem oczu i uderzam na oślep - efekt moich polowań jest wiec dość mierny. Niestety, pająki sudańskie mają to do siebie, ze oprócz paskudnego wyglądu, są szybkie i potrafią całkiem boleśnie ukąsić. Do tego, niektóre gatunki w momencie zagrożenia nie tyle uciekają, co skaczą. Trudno jest, więc przewidzieć kierunek poruszenia się. Operacja jest, więc cokolwiek stresująca... Brrrrr... ohyda!

Jutro lecę na kilkudniowa misje do Bahr El-Ghazal na pn-zach od Juby, pod granicę z Darfurem.

sobota, 05 maja 2007
Juba, 1 maja 2007


No to jesteśmy znowu w Jubie. Adam, szef misji Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej w Sudanie, a zarazem mój mąż, (tak, tak, zbieżność nazwisk nie jest tu przypadkowa!) przyleciał krótko przede mną i czekał juz na mnie w campie. Podróżujemy samolotami niczym prezydent i vice – nigdy razem. Od czasu, gdy deportowano Adama z lotniska w Chartumie za przedłużenie wizy na Południu Sudanu (nie muszę chyba dodawać, ze nie jest to mile widziane przez władze Północy), omija on to miasto z daleka i przylatuje do Juby przez Kenie (Nairobi). Ja niestety w drodze do Juby muszę zazwyczaj zahaczyć o Chartum, by pozałatwiać sprawy administracyjne. Rozstajemy sie wiec z Adamem na Okęciu i spotykamy dopiero na planecie Juba. Zsynchronizowanie lotów wymaga czasem niezłych akrobacji, ale zdobyliśmy juz w tym pewną wprawę.

Usiłujemy doprowadzić do porządku swoje 6 metrów kwadratowych. Czego w tym namiocie nie ma! Zapas środków antykomarowych na trzy miesiące, dwa kartony wody mineralnej, kosmetyki, ubrania, buty, tony książek, bez których żadne z nas nie wyobraża sobie życia, papiery, dość spora płytoteka, drukarka, dwa laptopy, kable. Jest z nami tez zestaw „mała apteka” (leki na malarie, własna kroplówka, pigułki na każdą ewentualność)  i „zrób to sam” (narzędzia, klej, sznur, haczyki, gwoździe itd.). Gdzieś pośrodku całego tego majdanu stoi nasze łóżko z moskitiera i biurko. Rozglądam się sie dookoła i sama nie wiem, czy mam śmiać sie czy płakać. Przypomina mi sie piękna nowa sześciodrzwiowa szafa, jaką mamy w swoim domu w Polsce... Ile bym dała, by mieć tu takie cacko! Uuuuughhhh... Muszę za wszelka cenę zapomnieć jak wygodne i łatwe jest życie po „tamtej stronie lustra”. Pierwsze dni po powrocie są zawsze lekko frustrujące...

czwartek, 03 maja 2007
Droga na Południe

ONZ-owski Dash 8 leci z Chartumu do Juby – stolicy Południowego Sudanu – około 4 godzin, z postojem w El Obeid na dotankowanie paliwa. Pomimo 15-kilogramowego limitu bagażowego narzucanego przez ONZ, (co zawsze wywołuje mój protest, bo sam laptop plus krótkofalówka ważą niemal połowę z tego!) udało mi sie zaczarować obsługę naziemną i przemycić na pokład moje 38 kilo dobytku z Polski. Nie muszę tłumaczyć, że sporą część z tego stanowi kiełbasa żywiecka próżniowo pakowana z długą data przydatności do spożycia, parówki, żelki w różnych smakach i kształtach, suszone owoce i ser mascarpone, który może nie jest zbyt racjonalnym wyborem, jeśli chodzi o Sudan, ale za którym przepadam pasjami. Ogólnie rzecz biorąc, wyglądam jak wielbłąd wysiadając na lotnisku, ale dieta sudańska zmusza do rożnych wyrzeczeń. Warto wiec nadwyrężyć czasem mięsnie..

Krajobraz widziany z okna samolotu zmienia się w miarę lotu. Lecimy na południe, więc pustynia przechodzi stopniowo w półpustynię, żeby na koniec ustąpić miejsca całkiem już zielonym połaciom ziemi. Jestem zdziwiona, ze w ciągu zaledwie 3 tygodni Juba zazieleniła się na potęgę. Gdy wyjeżdżałam, wydawało się, że spalona słońcem i wyschnięta w porze suchej ziemia nigdy już nie odzyska swojej dawnej zieloności. Tymczasem, dwa tygodnie dobrego deszczu jaki zaczął padać na samym początku pory deszczowej i proszę – za chwilę znowu będziemy cieszyć oko trawą, w której nawet dwumetrowi Dinka mogą się swobodnie bawić w chowanego! Przyroda jest jednak niesamowita..

Lądujemy przy akompaniamencie całkiem sporych turbulencji. Zdążyłam się już przyzwyczaić do lotów małymi samolotami, które wpadają w dziury powietrzne, jakie sie tworzą z różnic temperatur na wysokościach. Masy gorącego i zimnego powietrza przeplatają się nawzajem tworząc swego rodzaju roller-coastera dla startujących i lądujących samolotów. Ostry skręt samolotu nad samym Nilem dostarcza co niektórym pasażerom dość sporych emocji. Ja wychylam sie, by dojrzeć nasz zielony namiot 2 na 3 metry, stojący w campie WFP (World Food Programme – Światowy Program Żywnościowy). Bez pudła rozpoznaję go z powietrza pośród całej masy mu podobnych..
Witaj w domu....

Haboob

Chartum, 29 kwietnia 2007

Po trzech tygodniach nieobecności w Sudanie ląduję ponownie w Chartumie. Zadziwia mnie jak zwykle cud miasta, które wyrosło ni z tego ni z owego na morzu pustynnego piasku. Gdyby nie życiodajny Nil, byłoby to czyste piekło na Ziemi. Samolot ląduje wczesnym wieczorem, ale temperatura i tak utrzymuje sie w okolicach 35 stopni. Widoczność ograniczona jest wszechobecnym pyłem przynoszonym przez wiatr od pustyni.

Chartum wita mnie z wielką pompą. Drugiego dnia wieczorem mam okazje przeżyć największy od kilkudziesięciu lat „haboob”, czyli burzę piaskową. Wszystko dzieje się w mgnieniu oka. Nadciągają wielkie chmury, niebo robi się czerwone, a na jego tle pojawia się czarna wirującą trąba powietrzna, która rozprzestrzenia się z olbrzymią prędkością. Z okien zaczynają wylatywać szyby, ludzie uciekają w panice gdzie się da. Pył niesiony przez wiatr zaczyna wypełniać powietrze i mam wrażenie, że zaraz się uduszę. Po chwili pokrywa on juz wszystkich i wszystko, wchodzi do oczu, uszu, nosa, osiada na włosach. Ludzie cisnący się w najgłębsze kąty i zakamarki budynków wyglądają jakby osiwieli w ciągu sekundy. Całe moje ubranie przybiera kolor khaki. Nawet wewnątrz budynków nie można znaleźć schronienia od wszechobecnego pyłu. Widoczność w pewnym momencie spada do 2 metrów! Nie widzę juz nic i nikogo, słyszę tylko kaszel tu i ówdzie, więc wiem, że gdzieś obok są też ludzie. Ogarnia mnie panika, że za chwilę nie będziemy wszyscy mieli czym oddychać. Jestem naprawdę przerażona! Zakrywam usta i nos chusteczką, która momentalnie pokrywa się kurzem. Pył drażni moje płuca aż do bólu. Zdaje sobie sprawę, że od haboobu nie ma praktycznie ucieczki...

Wiatr ustaje dopiero po godzinie, pył opada nieco później. Miasto sparaliżowane jest kompletnie, słyszę wycie syren i kliku nędznych ambulansów, jakimi dysponuje największy w Chartumie szpital. Wychodzę z kąta, w który udało mi się wcisnąć na czas nawałnicy i oceniam swoje straty. Bolą mnie płuca, strasznie kaszlę, a oczy łzawią mi jak szalone. Ale nic mi się nie stało, miałam szczęście, że udało mi sie uciec do budynku. Czegoś takiego można nie przeżyć na otwartej przestrzeni, zwłaszcza w tak piaszczystym miejscu jak Chartum. Czekam na transport, który zabierze mnie do miejsca, w którym się zatrzymałam. Samochody wciąż jeżdżą na długich światłach, mrugając jeszcze dla pewności awaryjnymi. Kilkumilionowe miasto sprawia wrażenie wymarłego. Bezwiednie moja myśl ucieka na przedmieścia Chartumu, gdzie kilka tysięcy wysiedleńców żyje w skleconych z worków, patyków i szmat szałasów. Wyobrażam sobie, jak ci ludzie przeżyli te burze...

Wystarczy mi wrażeń na dzien dobry. Jutro lecę do Juby. Jeśli Allah nie ześle kolejnego haboobu...

Poniżej zdjęcia haboobu.

(kilknij by powiekszyc zdjecie)

 

(kilknij by powiekszyc zdjecie)